Zakładki:
Blog Izy
Blog Pastelki Kraban
Blogi robótkowe
Blogi robótkowe włoskie
Blogi robótkowe zagraniczne
Przydatne
Strony Przyjaciół i Znajomych
Tu kupuję
Zaglądam, czytam, odwiedzam
Żeglowanie
free counters
RSS
niedziela, 31 lipca 2011

W czasie urlopu, kiedy to dochodziłam do siebie po rejsie :-), skończyłam kilka haftów.

Gotowa jest kolejna ściereczka

sciereczka_04

sciereczka_05

Powstała również zawieszka - na prezent

zawieszka_01

zawieszka_02

zawieszka_04

zawieszka_03

zawieszka_05

Zapisałam się na Candy u:

http://langra-scrap.blogspot.com/2011/07/blog-post.html

Candy

 

http://pinklatte-l.blogspot.com/2011/07/giveaway.html?spref=bl

Candy

http://maarchewkowa.blogspot.com/2011/07/caaandy.html


Candy

http://nebri.blogspot.com/2011/06/caaandy-d.html

Candy



Urlop mój zmierza wprawdzie ku końcowi, ale lato wciąż jeszcze trwa... chociaż może trudno w to uwierzyć, patrząc na jesienne klimaty, które nastały. Na przekór pogodzie :-) ogłaszam Wakacyjne candy w Żyrafowie...

serce_08

Wygrać będzie można kaczuszkę z fryzurą zwichrzoną przez mazurską bryzę ;-), kubek z kwiatkiem, nożyczki do wycinania wzorku, książkę, ozdobne spinacze, solniczkę z Florydy (nieco kiczowatą co prawda, ale będącą przykładem, że ozdobić można prawie wszystko ;-), różne przydasie oraz zestaw serwetek, z których najstarsza pamięta jeszcze wczesne lata dziewięćdziesiąte... Przed losowaniem zapewne jeszcze coś dołożę :-)

Candy wakacyjne w Zyrafowie

Zapisy do końca sierpnia 2011 roku, losowanie odbędzie się w pierwszych dniach września. Osoby bez bloga proszone są o podanie swojego adresu mejlowego, natomiast prowadzący blogi powinni zamieścić informację z tym oto obrazkiem:

Candy wakacyjne w Zyrafowie

sobota, 30 lipca 2011

W piątkowy poranek dowiedzieliśmy się od bosmana z Kietlic, że wprawdzie on sam naszego jachtu nie naprawi, ale ma jakiegoś znajomego, który podjął się tego zadania. Przez Mamry i Węgorapę popłynęliśmy do Węgorzewa, znając jedynie nazwisko owego znajomego. Przed portem wypatrzyliśmy właściwy -jak się wydawało- szyld, więc podeszliśmy do pobliskiej kei. Tradycyjnie ja rzucałam cumę z dziobu i miałam wyskoczyć na prawą stronę. "Wysiadłam" jednak trochę za wcześnie, przez co prawym kolanem przywaliłam w pomost (drewniany na szczęście), a lewą nogą wpadłam do wody. Zawisłam jednak na koszu dziobowym, a podciągnęłam się na nim tak szybko, że Arkiszon nie zauważył nawet, że coś stało. Karolcia, która obserwowała te akrobacje, przestraszyła się, że jacht przyciśnie mi nogę. Zaraz nadbiegł jakiś pan pakujący na kei bagaże i też był trochę zaniepokojony. Poza sporym siniakiem i odbitym na kolanie "wzorem" kei, nic mi się nie stało. Arkiszon włączył swoje ortopedyczne doświadczenie i jeszcze teraz czasem mnie pyta, czy kolana nie trzeba prześwietlić. Okazało się, że moje "poświęcenie" jest zbyteczne ;-), bo o znajomym bosmana z Kietlic nikt tutaj nie słyszał. Wpłynęliśmy więc do portu właściwego. W międzyczasie zostałam przez Arkiszona pouczona, że skacze się ze środka podkładu, skąd jest do kei najbliżej. Odpowiedziałam, że mimo wszystko wolę kosz dziobowy, bo w razie czego zawsze mogę się na nim utrzymać, co zresztą zrobiłam na tym rejsie już dwukrotnie. Przy podchodzeniu do następnej kei skakała Karolina. Usłyszeliśmy głuchy odgłos uderzenia, a następnie Karolina wpadła pomiędzy keję a dochodzący do niej jacht... Oboje z Arkiszonem okropnie się przeraziliśmy. Najbardziej tego, że Karolina uderzyła w coś głową i straciła przytomność. Jedyne co widziałam, to końcówki jej włosów znikające w wodzie... Wyskoczyłam z jachtu, na keję tym razem na szczęście trafiając, prędko okręciłam cumę dziobową na polerze i rzuciłam się na kolana wypatrywać Karoliny. Ku naszej uldze, wyłoniła się niebawem, bardzo spokojna, zważywszy na sytuację... Upewniwszy się, że trzyma się pomostu, pobiegłam lepiej założyć naszą jedyną cumę, by jacht nie odpłynął. Nasza załoga w ciągu kilku minut "zwodowała się" dwukrotnie: najpierw częściowo, a później całkowicie... Arkiszon prawie się załamał...

Karolina, próbując uchwycić się relingu, zraniła sobie na zgięciach trzy palce. Ostatecznie przekonało mnie to, że łapanie się kosza dziobowego jest pewniejsze :-)

Dopiero po jakimś czasie, kiedy emocje nieco opadły, okazało się, że Karolina uderzyła się w rękę (siniaka miała równie pięknego jak mój kolanowy), a na szczęście chwilę wcześniej wyjęła z kieszeni telefon komórkowy. Śmiała się, że wreszcie spłukała z włosów szampon nałożony w Kietlicach w czasie "wymarzonego prysznica". Żartowałyśmy też na temat zapoznawania się z węgorzewskimi rybami, których port jest pełny i które -jak sądzę- serwowane są w pobliskich barach.

Tutaj "zwodowała się" Karolina (pies na zdjęciach jest portowy)

Mazury 2011.07_71

Mazury 2011.07_79

Mazury 2011.07_72

Okazało się, że tym razem trafiliśmy we właściwe miejsce, ale nasza cierpliwość została poddana próbie, bo na to, by jacht zaczęto naprawiać czekaliśmy długo i właściwie nie wiadomo było na kogo... Pan, który odmówił naprawy z braku czasu, łowił ryby. Kazano nam przestawić jacht, Arkiszon wydłubał z dziobu resztki pomostu z Wilkasów, zjedliśmy przepyszną rybę w "Tawernie" (polecamy!), naładowałam komórkę w bosmanacie, zrobiłam sporo zdjęć, trochę powyszywałam. Sposób naprawy jachtu został uzgodniony z wynajmującym nam go panem. Wciąż czekaliśmy...

Mazury 2011.07_73

Mazury 2011.07_74

Morskie dekoracje_04

Po jakimś czasie zaczęło być jasne, że będziemy w Węgorzewie nocować. Dobrze chociaż, że to czekanie przysłużyło się spotkaniu Karoliny z jej rodziną, na Mazurach przebywającą :-)

Okazało się, że pan dokonujący naprawy nie ma odpowiedniej farby. Czerwone jachty to rzadkość :-) Kupowanie farby przeciągnęło się do wieczora. Jako, że nie mogliśmy nocować w miejscu, w którym staliśmy, trzeba się było przestawić. Podchodząc do zatłoczonej kei, w celach bezpieczeństwa ustawiliśmy się na środku wolnego miejsca, chcąc następnie przyciągnąć się do najbliższego jachtu. Natychmiast zostałam pouczona przez pana pobierającego opłaty za keję, że tak stać nie możemy. Nie mogłam go przekonać, że to tylko chwilowo - pan zablokował mi zeskok z dziobu, a Karolina próbująca złapać linę od muringu i sterujący Arkiszon, nie wiedzieli co się dzieje. W obawie, że świeżo wyremontowaym dziobiem wyrżniemy w keję, wyskoczyłam wprost przed panem od opłat. Tak jak obiecałam - od razu zabrałam się za przestawianie jachtu. Kiedy to zrobiłam, skrytykował mnie ktoś z załogi z jachtu obok... Podobno ktoś tutaj chciał ktoś wpłynąć, a teraz nie może. Powinniśmy stać tam gdzie staliśmy wcześniej... Ponownie nas odsunęłam. Karolina z Arkiszonem usiłowali łapać kolejne muringi i niczego przy okazji nie staranować rufą. Na czas mocowania się do muringu jacht odsunęliśmy od kei. Trzymałam go na cumie przełożonej przez poler...i omal nie wdepnęłam w czerwoną farbę, którą pan naprawiający jacht rozłożył tam w miseczce... Po blisko dziewięciu godzinach naszego stania w porcie ten moment był najodpowiedniejszy do malowania dziobu... Trzeba przyznać, że naprawa wyszła wspaniale (pan wynajmujący jach też był bardzo zadowolony i zwrócił nam całą kaucję).

Wieczorem Arkiszon zadzwonił do kolegi, z którym pływa po Bałtyku, i relacjonował mu: "Ty wiesz jaką miałem akcję? W porcie dziewczyna mi wpadła do wody...no wiesz, ta Karolina... Nie śmiej się! Dobrze, że żyje! Z czego wy się śmiejecie?!". Obydwie z Karoliną na wspomnienie owej przygody rechotałyśmy bardzo radośnie i przypuszczam, że jeszcze długo będzie nas to bawiło...

Wieczór w węgorzewskim porcie był szantowy, przez co Arkiszon mało spał, a nazajutrz miał jechać ponad 500 km.

Wczesnym rankiem udało nam się zrobić przepiękne odejście od kei, co w tak zatłoczonym miejscu wcale takie łatwe nie było. Głupio byłoby obić się o jakiś "śpiący" jacht...

Zdjęcia z Węgorapy

Mazury 2011.07_75

Mazury 2011.07_76

Na Mamrach...

Mazury 2011.07_77

Na Święcajtach...

Mazury 2011.07_78

Zauważyłam, że na zdjęciach wnętrze jachtu wygląda zwykle na bardzo przestronne... Tymczasem po powrocie nie mogłam się nadziwić, że w pokoju mogę siedzieć wyprostowana :-).

Mazury 2011.07_80

Jacht oddaliśmy w sobotnie przedpołudnie.

Pa, Mazury. Mam nadzieję, że do zobaczenia w przyszłym roku :-) O ile Arkiszonik nie namówi mnie na wyprawę na morze. Kto wie?

Karolci i Arkiszonowi dziękuję za wspaniały rejs, a wszystkim Czytającym - za cierpliwość i komentarze :-)))

Zdjęcie z podróży

zboze

Zapisałam się na Candy u:

http://dietrolangolo.canalblog.com/

Candy

http://oliwiaen.blogspot.com/2011/07/szkatuka-ze-skarbami-treasure-box.html#comment-form

Candy

http://asprinklingofglitter.blogspot.com/2011/07/julys-candy-june-candy-winner.html

Candy

http://lynseys-place.blogspot.com/

Candy

http://pracownia-kasi.blogspot.com/2011/07/candy-w-pracowni-kasi-zapraszam-na-moje.html

Candy

piątek, 29 lipca 2011

Po burzliwej nocy i "pocieszeniu" nas przez bosmana z Wilkasów, że naprawa jachtu będzie wymagać wyjęcia go z wody i kilku dni pracy, wyruszyliśmy w drogę powrotną, tym razem przez Kanał Niegociński. Jest on przepiękny, zdjęć jednak nie mam, bo sterowałam :-). Arkiszon był podłamany zniszeniem jachtu, ale my z Karolcią cieszyłyśmy się, że tylko na tym się skończyło... Płynąć dalej było można, woda się nie wlewała, więc głównym problemem było to, że mniej estetycznie wyglądaliśmy. Mimo wszystko miałam nadzieję, że może do soboty uda nam się jacht naprawić, oczywiście po uzyskaniu odpowiedniego zezwolenia (nawiasem mówiąc, widać było, że dziób odmalowywany już kiedyś był :-).

Po dwóch noclegach na dziko i jeszcze dzikszym noclegu w Wilkasach, wszyscy marzyliśmy o prysznicu. Wprawdzie wykąpaliśmy się w jeziorze, ale i tak tęskna myśl biegła ku rewelacyjnemu zapleczu sanitarnemu w Kietlicach... Ciepła woda przez cztery godziny wieczorem i cztery rano... Spokojny wieczór w cichej przystani... Nie mieliśmy już ochoty na żadne doświadczenia z nieznanymi portami i postanowiliśmy do Kietlic zawitać ponownie. Wiatr sprzyjał i tego dnia przepłynęliśmy bardzo duży odcinek, maszt kładliśmy i stawialiśmy dwukrotnie, staliśmy też na kotwicy, by Arkiszon mógł się ochłodzić.

Zdjęcie z jeziora Kirsajty

Mazury 2011.07_60

Kiedy przybijaliśmy do Kietlic, jachtów przy pomoście było bardzo mało. Z obawą stwierdziłam, że parno jest niemal tak samo jak poprzedniego dnia, niebo też wyglądało coraz mniej ciekawie, a różne gryzące owady były wyjątkowo agresywne, co również odczytałam jako znak nadchodzącej burzy. Na razie jednak nic się nie działo, posiedzieliśmy więc trochę na kei. Nie przeczuwając jaką rolę wieczorem odegrają muringi, sfotografowałam je sobie razem z Mamrami :-)

Mazury 2011.07_61

Bosman z Kietlic obejrzał nasz jacht i podjął się naprawy, określając ją jako błahostkę. Oczywiście bardzo nas to ucieszyło.

Skierowaliśmy się do "Baru w Stodole" na rybkę, która z powodu zmasowanego ataku komarów, zjedzona została w pomieszczeniu. Gdy kończyliśmy posiłek, światło w barze kilkakrotnie przygasło. Arkiszon pierwszy pobiegł w kierunku przystani, by sprawdzić, czy z jachtem wszystko w porządku, a kiedy dotarłyśmy tam z Karoliną, okazało się, że przy pomoście (w kształcie litery T) stoi już chyba ze dwadzieścia jachtów. Niebo zaciągało sie coraz bardziej. Oczekując na burzę, postanowiliśmy wykorzystać fakt, że od kilku minut w łazienkach jest już ciepła woda. Tak czekaliśmy przecież na ten prysznic! Arkiszon poszedł pierwszy, a dopiero gdy wrócił, pobiegłyśmy z Karolcią, nie chcieliśmy bowiem zostawiać jachtu samego. W zabudowaniach nie było już prądu. Prysznic brałyśmy więc po ciemku, poganiane coraz bardziej niepokojącym wyciem dochodzącym z zewnątrz. Karolina powiedziała później, że szampon z włosów zmyła dopiero dzień później w Węgorzewie. Jako, że Karolcia mnie przepuściła, umyłam się szybciej i co tchu pobiegłam na przystań. Po drodze mijałam połamane gałęzie, a zaraz potem zobaczyłam, że jachty przycumowane od strony nawietrznej, zostały zerwane i każdy z nich był trzymany przez co najmniej kilka osób. Jachty napierały na pomost. Wyglądało to równocześnie groźnie i zadziwiająco. Nasza łajba stała od zawietrznej, odsunięta od pomostu chyba z półtora metra i poza tym, że podskakiwała na falach, nie wyglądało na to, że dzieje się z nią coś złego. Po wąskim i huśtającym się na wodzie pomoście biegało mnóstwo osób w kamizelkach ratunkowych. Arkiszonik spakował najważniejsze rzeczy  - jak się później okazało: w plecaku wyniósł również moją żyrafę z wisienką (pokazaną w którymś z poprzednich wpisów). Pomyślałam, że jeszcze trochę, a staniemy się specjalistami od jachtowych ewakuacji... Ja też chciałam wejść pod pokład, by zabrać nasze niezbędniki. Podobnie jak w sztormową noc, spakowałam należącą do Karoliny mapę Mazur :-). Arkiszon stał w tym czasie na pomoście, czekając aż wrócę, nie dałabym bowiem rady sama zejść z jachtu, bo zbyt daleko stał. W chwili gdy podawał mi rękę, ktoś krzyknął: "Biały szkwał!". Zaczęły się sceny prawie jak z Titanica... Prawie wszyscy ludzie, którzy dotąd trzymali zerwane jachty, rzucili się do galopu. Pomost pod naporem ciężaru, wiatru i fal zanurzył się w wodzie. Ręka Arkiszona znikła z mojego zasięgu, bo ktoś Arka popchnął. Arkiszon zaraz po mnie wrócił, nawet nie wiem jak w szalejącej wichurze pokonałam to trudne zejście z kosza dziobowego. Niespecjalnie się nawet wystraszyłam. Nocna burza w Wilkasach zahartowała naszą trójkę do tego stopnia, że trochę ze zdziwieniem przyglądaliśmy się rozemocjonowanym, a niekiedy spanikowanym ludziom. Jeśli się czegoś obawiałam to przede wszystkim tego, że jachty napierające od nawietrznej mogą wyrwać pomost. Znacznie bardziej jednak bałam się, że stojąc na brzegu, dostaniemy w głowę jakimś konarem. Wiatr złamał przybrzeżne drzewo i wtedy uznałam, że ja już wolę siedzieć w środku jachtu. Najwyżej znów mnie pobuja. Do jachtu wracałam dwukrotnie, raz musiałam jednak go opuścić.  Karolcia stojąca na brzegu postanowiła wykorzystać czas na rozczesanie włosów, co przypomniało mi zresztą, że od jakiegoś czasu paraduję z ręcznikiem na głowie. Oczywiście nikt na to nie zwrócił uwagi. Niektórzy byli poubierani w sztormiaki i kamizelki, inni zaś biegali w samej bieliźnie. Wszyscy przemoczeni...

Opowiadano (sama nie widziałam), że biegnąca w poprzek końcówka kei, w czasie największego natarcia wichury, stanęła niemal pionowo.

Poniżej zdjęcie z bardziej spokojnego etapu wichury

Mazury 2011.07_70

Na szczęście wichura na Mamrach nie była tak wytrwała jak ta na Niegocinie i po jakimś czasie zwinęła się, zostawiając Stanicę Wodną Kietlice bez prądu i wody.

Tak wyglądał brzeg

Mazury 2011.07_64

Znacznie większe spustoszenia były na wodzie. Kilkanaście jachtów zostało uszkodzonych albo przez "latający" pomost, albo przez to, że zerwało muringi i polery, do których były przycumowane...

Mazury 2011.07_65

Niektóre muringi były powyrywane razem z łańcuchami (łańcuch nie załapał się na zdjęcie)

Mazury 2011.07_66

Mazury 2011.07_67

Tu przed wichurą stał poler...

Mazury 2011.07_68

Kiedy oglądaliśmy szkody, Arkiszon przyniósł wiadomość, że bosman tutaj nurkuje. Faktycznie - niebawem między jachtami ukazał się bosman w kompletnym stroju płetwonurka. Okazało się, że kontroluje stan portu. O naprawie naszego jachtu nie było już oczywiście mowy...

Karolcia stwierdziła, że zaczyna się do tych wichur przyzwyczajać.

Na poniższym zdjęciu widać ślad na wodzie po nurkującym bosmanie

Mazury 2011.07_69

Zapisałam się na Candy u:

http://skrawkimarzen.blogspot.com/2011/07/candy-time.html?showComment=1311369398909#c5601851762265074268

Candy

http://babskie-zachcianki.blogspot.com/2011/07/no-pink-sodkosci-u-karmelka.html

Candy

http://askowo.blogspot.com/2011/06/candy-w-askowie.html

Candy

http://sandieshores.blogspot.com/

Candy

http://katenka-zhuravleva.blogspot.com/2011/07/blog-post.html

Candy

czwartek, 28 lipca 2011

"Nie opuszczaj swojego jachtu, nawet gdy się przewróci, chyba, że to Twój jacht opuści Ciebie i zatonie" - Krzysztof Baranowski (Dekalog Bezpiecznego Żeglowania)

Poniżej widok na brzeg, przy którym nocowaliśmy w Zimnym Kącie, oraz na część jachtu.

Mazury 2011_70

Środowy poranek przywitał nas deszczem. Po wypłynięciu ze spokojnych wód Zimnego Kąta, okazało się, że wody jeziora wcale takie spokojne nie są...

Mazury 2011.07_46

Mazury 2011.07_47

Światełko z ostrzegawczej latarni migało 90 razy na minutę, co znaczyło: "Natychmiast do portu". Czmychnęliśmy więc w pobliskie trzciny i tam przeczekaliśmy burzę, na szczęście niezbyt intensywną.

Mazury 2011.07_48

 Po burzy wywiesiłam mój hafcik do ponownego sfotografowania :-)Morskie dekoracje_02

Rozpogodziło się dość szybko, więc popłynęliśmy pomiędzy wyspami na Kisajnie. W części podróży towarzyszyła nam kaczka, która co jakiś czas podlatywała i lądowała przy jachcie niczym narciarz wodny... Najbardziej cieszył się z tego Arkiszon :-)

Mazury 2011.07_44

Po położeniu masztu, z czym nie było już najmniejszych problemów, wpłynęliśmy do Kanału Giżyckiego (Łuczańskiego)

Mazury 2011.07_43

Mazury 2011.07_45

W trakcie przepływania przez ten kanał, gdy mijaliśmy po prawej jakiś portowy basen, Arkiszon pomyślał, że skręciłby tam, gdyby nagle zabrakło nam w silniku paliwa. W tym właśnie momencie silnik zgasł... Jako, że w kanale nie wolno cumować (nie dałoby się zresztą), a paliwa faktycznie zabrakło, miała miejsce szybka akcja zawinięcia do tego "upatrzonego" basenu, gdzie też wprawdzie nie wolno było wpływać, ale co mieliśmy zrobić... Pamiętam, że przed laty wiosłowałam w czasie przepływania Kanału Mioduńskiego, lecz było to męczące doświadczenie, jednak przede wszystkim mniej nam tam groziło zderzenie z jakimś dużym statkiem turystycznym. Po uzupełnieniu paliwa i ponowym wypłynięciu do Kanału Giżyckiego, śmialiśmy się, że w lepszym miejscu silnik zgasnąć nie mógł... :-)

Marzeniem Arkiszona było pożeglowanie po Niegocinie. Moim zaś marzeniem było to, by w ogóle Niegocina nie oglądać. Coś nie przepadam za tym jeziorem i zwykle miewam tam jakieś dziwne przygody. W ramach łamania uprzedzeń, zgodziłam się jednak popłynąć, czasu na to mieliśmy zresztą wystarczająco dużo.

Karolcię zaskoczył rozmiar tego jeziora...

Mazury 2011.07_49

Po dwóch godzinach żeglowania, zdecydowaliśmy się zawinąć do jakiegoś miejsca noclegowego. Już z daleka widzieliśmy morze masztów przy porcie w Centrum Wilkasy, a że nikt z nas nie przepada za tak zatłoczonymi miejscami, więc przybiliśmy do drewnianego pomostu w małym porcie wysuniętym w jezioro. W ten sposób zamiast noclegu wśród dziesiątek łajb mieliśmy postój kameralny (bo tylko z jednym jachtem, w którym była załoga), a w zestawie z owym postojem żeglarską przygodę, którą zapamiętamy chyba na zawsze...

Powietrze było bardzo parne i wyraźnie zanosiło się na burzę, ale zdążyliśmy jeszcze zjeść rybę (mrożoną!) w barze, do którego wspina się po bardzo wysokich drewnianych schodach, będących podobno pozostałością po skoczni narciarskiej, która była tutaj przed wojną. Z baru tego polecamy wyłącznie widok. Natomiast zatrzymywanie się w owym porcie odradzamy stanowczo. Do dzisiaj na wspomnienia tamtejszych "klimatów" przechodzi nas wszystkich dreszcz. W gruzach legły marzenia o prysznicu, nikt z nas nie miał nawet ochoty go zobaczyć... Na szczęście pomost okazał się solidny...

Nasz jachcik (czerwony) w Wilkasach - tak wyglądała sceneria naszej przygody

Mazury 2011.07_50

Niebo ciemniało coraz bardziej i mieliśmy okazję zaobserwować najgroźniejszą żeglarską chmurę wyjątkowo pięknie ukształtowaną... (na zdjęciach nie ujęła się niestety)

Mazury 2011.07_51

Mazury 2011.07_52

Światełko z latarni migało alarmująco, jachty znikały z jeziora, a my założyliśmy wszystkie posiadane cumy i portowe muringi. Obawiając się potężnej wichury, odsunęliśmy jacht od pomostu chyba z metr.

Mazury 2011.07_53

Mazury 2011.07_54

Początek nawałnicy miał miejsce wieczorem i wyglądał tak:

Mazury 2011.07_55

Najpierw huśtało, później huśtało mocniej, następnie zaczęło nami rzucać, a później szarpało już tak, że fruwaliśmy z metr w każdą stronę i słychać było jak jęczą liny... Przez pewien czas lał deszcz, więc wewnątrz jachtu siedzieliśmy zamknięci jak w puszce, zupełnie nie mogąc dostrzec przez bulaje co się właściwie dzieje. Otworzenie zejściówki przyniosło taki oto widok:

Mazury 2011.07_56

Następnie zaczęło być jak w pralce (określenie Arkiszona). Wyjrzawszy z jachtu ponownie, mimo ciemności dostrzegłam na jeziorze kłęby piany... Takiego widoku nie przypominałam sobie i trochę mnie on wystraszył. Tymczasem pralka zamieniła się w wirówkę, wewnątrz jachtu latały różne przedmioty, a z jeziora dochodziło jakby wycie. Rzuciliśmy się wydobywać kamizelki ratunkowe i przygotowali do ewakuacji, gdyby zaszła taka konieczność. Jako jedną z rzeczy, którą chciałam ocalić, spakowałam mapę Mazur, na której Karolina z Arkiszonem zaznaczyli trasę naszego płynięcia (mapa wprawdzie należała do Karolci, ale wydawało mi się szalenie ważne, by ją z zagrożonego jachtu wynieść). Ze strony WOPR-u dowiedziałam się później, że w czasie tamtej nawałnicy siła wiatru osiągała momentami osiem stopni w skali Beauforta... Akcentem komicznym wieczoru był telefon od mamy Arka, która informowała, że się martwi, bo dowiedziała się, że na Mazurach szaleje jakaś straszna burza, a Arkiszon siedział w tym czasie w kamizelce ratunkowej w szarpanym przez fale i wiatr jachcie, mówiąc do mamy, że my jesteśmy w porcie... I owszem - byliśmy... Przez pomost przetaczały się fale, a przez nasze myśli przetaczały się obawy... wyrwie nam knagę dziobową... zerwie nam cumy... przewróci nas fala... Biedna Karolcia dostała początków choroby morskiej, więc Arkiszon poradził jej, by się położyła. Niebawem leżeliśmy już wszyscy i pozostawało nam wierzyć, że jeszcze stoimy przy pomoście... I mieć nadzieję, że pomost również stoi... Muszę przyznać, że nie miałam zaufania ani do naszego jachtu, ani do miejsca, przy którym stał.

Kiedy burza nieco ucichła, Arkiszon (wciaż w kamizelce ratunkowej) wyszedł zobaczyć stan cum. Część lin była ponadrywana, ale trzymały wszystkie. Okazało się jednak, że mamy poobijany dziób jachtu i jedną dziurę na nim. Na szczęście ponad linią wody. Niebo nad jeziorem wciąż rozświetlały błyskawice. Po jeziorze krążyła policyjna motorówka. Podobno powywracało gdzieś zacumowane jachty. Zasypiałam właśnie, kiedy znów zaczęło bujać. Arkiszon przypomniał sobie o sandałach zostawionych w kokpicie, a jako, że zdjął już soczewki kontaktowe, powiedziałam, że po te sandały pójdę. Wydobyłam się przez forluk, w kokpicie zapezpieczyłam sandały Arkiszona i wtedy zobaczyłam, że wśród naczyń stojących tam w misce jest także mój ulubiony kubek z jachcikiem. Na szczęście wciąż cały. Wzięłam kubek i zaczęłam wracać. Wtedy nagły podmuch wiatru o mało nie zrzucił mnie z pokładu. Resztę drogi przepełzłam. Z forluku wyglądał już zaniepokojony Arkiszon. Zmuszony był do ponownego założenia szkieł kontaktowych, bo wyglądało na to, że nawałnica jednak nie odpuściła. I rzeczywiście. Rzucało nami tylko ciut mniej niż poprzednio, nie wiem nawet jak długo, bo gdy tylko trochę się uspokoiło - zasnęłam. Podobno był trzeci nawrót nawałnicy, ale nic już nie pamiętam... Karolcia przez całą noc czuwała - jak to określiła: z kapokiem w objęciach. Arkiszon też prawie nie spał, ja natomiast udowadniałam to, co kiedyś powiedziałam Karolinie: że im bardziej huśta, tym lepiej śpię... Bardzo to było dziwne, zważywszy na sytuację, ale spałam naprawdę dobrze.

Rano zobaczyliśmy jak "prezentuje się" nasz dziób. Na zdjęciu widać jak daleko staliśmy... Daje to wyobrażenie o tym, co musiało dziać się w nocy, skoro powybijaliśmy dziury w pomoście na długości ponad dwóch i pół metra... Trochę się zresztą bałam, że bosman każe nam zapłacić za "zrujnowanie" owego pomostu...

Mazury 2011.07_57

Poniżej zdjęcia zrobione dwa dni później. Pana wynajmującego nam jacht od razu powiadomiliśmy o zdarzeniu, bo wiedzieliśmy, że jachtem po nas będzie ktoś pływał, a trudno było określić na ile poważne są uszkodzenia...

Mazury 2011.07_58

Mazury 2011.07_59

Arek telefonując do swojego kolegi, również żeglarza, a zarazem i marynarza, powiedział, że już nie muszą płynąć na morze... na Mazurach są bowiem podobne sztormy...

Pozostawało się cieszyć, że nie rozłożyliśmy takiego specjalnego namiotu, który miał nas chronić przed deszczem. Wyjęliśmy go wprawdzie, ale w trakcie przywiązywania, przekonano mnie, że to niezbyt dobry pomysł. Grot został nawinięty na bom i zamocowany do relingów, więc nie przeszkadzał w czasie burzy, a gdyby ów namiot był jednak rozpostarty, to chyba byśmy po prostu odfrunęli... Być może nawet z częścią pomostu ;-)

 

Edycja: Do komentarza Arkiszona :-) chciałabym dodać, iż o tym, że w dziobie nie ma jednak dziury wiedzieliśmy na pewno dopiero dwa dni później. Jak widać na zdjęciach, można było podejrzewać, że niestety jest. O naprawie jachtu napiszę w kolejnym poście, bo to oczywiście osobna historia :-)

 

Zapisałam się na Candy u:

http://lapo4ka-dochka.blogspot.com/2011/07/blog-post_04.html

Candy

 

http://haftipatchwork.blogspot.com/2011/06/pudeko-z-pasterka-i-moje-drugie-candy.html

Candy

http://scrapventure.blogspot.com/2011/07/candy-rocznicowe.html?showComment=1311270161643#c5103104784215426853

Candy

http://katta.blox.pl/2011/06/Candy-u-Katty.html

Candy

środa, 27 lipca 2011

Wtorek był najspokojniejszym i najbardziej odpoczynkowym dniem żeglowania. Karolcia wspomina go bardzo miło, Arkiszonik wykąpał się w Darginie, a ja zrobiłam ze dwie setki zdjęć...

Widoczki mieliśmy takie:

Mazury 2011.07_31

"Kardynałka", wokół której uparcie krążyliśmy, chociaż wcale nie chcieliśmy...

Mazury 2011.07_27

Mazury 2011.07_26

W południe dotarliśmy na piaszczystą plażę w Pierkunowie. Bardzo przyjemne miejsce, a w tamtejszym sklepie można kupić oranżadę o smaku, który pamiętam z dzieciństwa i w identycznej jak niegdyś butelce. Gdyby nie to, że do wieczora było jeszcze dużo czasu, zainstalowalibyśmy się w Pierkunowie na noc. Tymczasem po zrobieniu zakupów, na które składała się między innymi hurtowa i nieco przerażająca Arkiszona ilość kiszonych ogórków, wykąpaliśmy się w Kisajnie i popłynęliśmy dalej.

Poniżej malwa z Pierkunowa

Mazury 2011.07_28

Niezbędnik żeglarza: mapa i koło ratunkowe...

Mazury 2011.07_29

Tego popołudnia sterowała Karolcia, której wprost rewelacyjnie szło ekspresowe przyswajanie wiadomości z zakresu budowy jachtu, żeglarskich węzłów i przepisów. Sterowała zaś tak dobrze, że przy słabym wietrze udało się jej wyprzedzić inny jacht. Zdziwiono się na tym jachcie bardzo :-)

Mazury 2011.07_41

Mazury 2011.07_40

Miejsce na kolejny "dziki" nocleg wybieraliśmy chyba z półtorej godziny, trzykrotnie dobijając do brzegu. Przy okazji uwieczniałam śliczny zachód słońca...

Mazury 2011.06_39

Mazury 2011.07_42

Mazury 2011.07_32

Mazury 2011.07_33

Mazury 2011.07_37

Mazury 2011.07_38

Mazury 2011.07_34

Mazury 2011.07_35

Ostatecznie zatrzymaliśmy się w Zimnym Kącie. Ciągnące się wzdłuż brzegu trzciny obsadzone były wieloma jachtami, ale znaleźliśmy sobie miejsce z takim widoczkiem:

Mazury 2011.07_39

Mazury 2011.07_30

Wieczorem mieliśmy kolację przy świeczkach - i w związku z tym ze zwiększoną jeszcze ilością komarów...

Mazury 2011.07_36

Pomimo różnych niedogodności, jestem wielbicielką noclegów na dziko... W tym roku były tylko dwa takie, a na ostatnim napiłam się z Neptunem nalewką z aronii (którą dostałam od rodziców Pastelki Kraban). Najwyraźniej jednak zrobiłam to za późno... od następnego dnia bowiem rozpoczęły się nasze główne przygody rejsowe...

Tego wieczoru powyszywałam nieco mój wakacyjny haft, rozpoczęty w ubiegłym roku w górach :-)

Morskie dekoracje_03

Zapisałam się na Candy u:

http://tygrysieoko.blogspot.com/2011/06/zapraszam-na-candy.html?showComment=1308338360199#c7955307651783173780

Candy

http://madebykarla10.blogspot.com/2011/05/celebration-blog-candy-enter-here.html

Candy

http://gajmartenki.blogspot.com/2011/06/ogaszam-candy.html#comment-form

Candy

http://malachitowa-laka.blogspot.com/2011/07/ogaszam-candy-wakacyjne-zapraszam.html?showComment=1311250277784#c2036000893631058318

Candy

http://millu-pospokojnosc.blogspot.com/2011/06/na-urodzinowy-poczestunek-zapraszam.html#comments

Candy

wtorek, 26 lipca 2011

Niedzielna pobudka była dość późna, a po masztowych przeżyciach z poprzedniego dnia odechciało nam się płynięcia na Stręgiel. Zgłosiłam pomysł udania się do położonych nad Mamrami Kietlic, gdzie dwukrotnie (ostatnio przed dziesięcioma laty) byłam na wspaniałych wakacjach na polu namiotowym. Pamiętałam, że jest tam także pomost dla jachtów.

Popłynęliśmy przez jeziory Święcajty, później halsowaliśmy się przez wąski przesmyk i udałoby się nam go przejść, gdyby nie to, że w pewnym momencie musieliśmy zrobić zwrot, by ustąpić jachtowi, który miał pierwszeństwo, a wówczas na nas wymusiła pierwszeństwo motorówka i wtedy zwrot zamienił się w pełne kółko. Fala pozostawiona przez motorówkę i nasz dryf spowodowały, że stanęliśmy na mieliźnie. Nie byliśmy jeszcze wprawni w szybkim zrzucaniu żagli i uruchamianiu silnika, więc zaraz potem znaleźliśmy się w trzcinach. Wydostanie się stamtąd wymagało sporo wysiłku, bo dopychał nas wiatr i fale wytwarzane przez wciąż przepływające motorówki, staliśmy w dodatku w chyba najwęższym miejscu tego przesmyku. Dwa jachty zaproponowały nam pomoc, ale akurat wtedy, kiedy po walce silnikowo-wiosłowej udało nam się z trzcin wypłynąć. Karolcia chwilowo miała dość. Akiszon zaś stwierdził: "Mielizna. Zwykła rzecz". Możliwości doświadczania owych "zwykłych rzeczy" było przed nami sporo, bo Mamry usiane są płyciznami śródjeziornymi. Dla odsapnięcia rzuciliśmy sobie kotwicę i Arkiszon zażył kąpieli. Nam woda wydawała się zbyt zimna. Zaczęła mnie boleć głowa, więc końcówkę płynięcia spędziłam pod pokładem, chroniąc się przed upałem, Arkiszon twierdził bowiem, że możliwe, iż dostałam porażenia słonecznego. Karolina przez cały czas sprawdzała na mapie głębokość jeziora, a Arek dowiózł nas do Kietlic. Na czas manewrów portowych oczywiście musiałam się wyłonić, a moim zadaniem było rzucenie cumy i ochrona dziobu przed uderzeniem w drewniany pomost. Albo podchodziliśmy wolniej niż myślałam, albo źle wymierzyłam odległość - dość, że po skoku zamiast na kei, znalazłam się w powietrzu i niewiele brakowało bym wpadła pod jacht. Na szczęście wciąż trzymałam się kosza dziobowego, który dopchnął mnie tak, że nie poleciałam do tyłu. Po tym cyrkowym popisie doszłam do wniosku, że do dalszego płynięcia na pewno już się dzisiaj nie nadaję. Stanica Wodna Kietlice od czasu mojego pobytu znacznie się rozbudowała i przy rozsądnych cenach jest naprawdę bardzo przyjaznym portem, z sanitarnym zapleczem o naprawdę imponujących rozmiarach. W "Barze w Stodole" spałaszowaliśmy pyszną rybę, pooglądaliśmy sobie bociany i skorzystaliśmy z dwóch drewnianych huśtawek :-). Później spędziliśmy bardzo spokojny i leniwy wieczór, leżąc na pokładzie i przyglądając się spływającym do portu jachtom. Mamry to dla mnie jedno z najpiękniejszych mazurskich jezior.

Kietlicki bocian - jeden z trzech

Mazury 2011.07_10

Następnego dnia, w poniedziałek, zaraz po wypłynięciu Arkiszonik wypatrzył "urocze romantyczne miejsce" w postaci dwóch drzew na wyspie. Najprawdopodobniej był to rezerwat, a nawet, gdyby nie był, to tego dnia zamierzaliśmy wreszcie trochę więcej pożeglować. Przepływaliśmy w dość sporej odległości od owego miejsca romantycznego, kiedy po prostu nas tam zniosło... Zaliczyliśmy drugą (również ostatnią) mieliznę, ale tym razem wydostawanie się z niej zajęło nam raptem kilka minut. Musieliśmy tylko pilnować, by maszt nie zaplątał się w gałęzie owych dwóch drzew. Karolina zabroniła Arkowi wypatrywania kolejnych urokliwych zakątków na Mamrach :-)

Po wpłynięciu na jezioro Kirsajty rzuciliśmy kotwicę i zabraliśmy się za kładzenie masztu. Tym razem maszt podtrzymywać miałyśmy obie z Karoliną, a Arkiszon "patent" do kładzenia obsługiwać według własnego pomysłu, a nie wskazówek pana wypożyczającego jacht. Wiał dość silny wiatr, ale mimo tego kładzenie masztu tym razem przebiegło bezpiecznie i prawidłowo. Zniosło nas tylko kilkadziesiąt metrów, bo okazało się, że kotwicę ciągliśmy po dnie. Po jej wyrwaniu, musiałam wezwać Arkiszona, by pomógł mi ją wydostać na pokład, razem z kotwicą wyciągnęłam bowiem kilka kilogramów wodorostów i mułu. Przy okazji zażyłam częściowej kąpieli błotnej i zyskałam gustowne ozdoby na ubraniu... :-)

Za mostem, już na jeziorze Dargin, była kąpiel w jeziorze, przy jachcie stojącym na kotwicy.

Zrobiłam wtedy takie oto zdjęcia:

Mazury 2011.07_08

Mazury 2011.07_09

Po południu pogoda załamała się. Po raz pierwszy dostrzegliśmy wówczas migające światełko z latarni, należącej do nowego systemu ostrzegania żeglarzy.

Mazury 2011.07_17

Zawinęliśmy do Sztynorckiego Rogu, w pobliżu Głazów Sztynorckich. Tam zakotwiczyliśmy się na dziko. Natychmiast zjawił się łabądź i zapozował do kilku fotografii.

Mazury 2011.07_11

Mazury 2011.07_12

Mazury 2011.07_13

Nasz noclegowy kącik był cichy i spokojny, więc postanowiłyśmy usmażyć naleśniki :-) Wprawdze miniaturowa kuchenka gazowa absolutnie nie wzbudzała naszego zaufania, i to nie bez podstaw, jednak używać jej było trzeba. A naleśniki wyszły pyszne :-)

nalesniki

Po zjedzeniu kolacji, sami staliśmy się kolacją dla licznej społeczności komarów w Sztynorckim Rogu występującej. W ogóle było to grzęzawisko z dużą ilością żab oraz pająków, których na czas rejsu musiałam przestać się bać... Rano pajęczyna była nawet na rumplu (od steru), a wypłynęliśmy z prawdziwą galą "flagową" pajęczych nitek powiewających ze wszystkich części olinowania stałego.

Mazury 2011.07_18

Mazury 2011.07_22

Mazury 2011.07_19

Mazury 2011.07_20

Mazury 2011.07_21

Mazury 2011.07_23

Mazury 2011.07_24

Mazury 2011.07_25

We wtorek wiatr był słabiutki, co powodowało, że bardzo długo krążyliśmy na żaglach w niewielkiej odległości od "kardynałek" przy Sztynorckich Głazach. Ostatecznie jednak udało nam się stamtąd oddalić...

Arkiszon sfotografował nasze koło:

Mazury 2011.07_14

Ja zrobiłam zdjęcie chmurom odbijającym się w wodzie...

Mazury 2011.07_15

... a także przywiezionej z Rzymu żyrafie, która ostatnio "dostała" wisienki :-)

zyrafa_08

Zapisałam się na Candy u:

http://hafcikicinka26.blox.pl/html

Candy

http://manu-artecuore.blogspot.com/2011/06/il-mio-primo-blog-candy.html

Candy

http://scrapwithsandra.blogspot.com/2011/06/blog-candy.html

Candy

 

http://morena-mojepasje.blogspot.com/2011/06/candycandy.html

Candy

poniedziałek, 25 lipca 2011

"Jejku, jejku, mówię Wam,
Jaki rejs za sobą mam"...

W niedzielę w nocy wróciłam z Krainy Tysiąca Jezior i dwóch tysięcy przygód. Pomimo wymoczenia się w ciepłej wodzie, zmycia z siebie wszystkich wodorostów, a także odespania trudów żeglowania, przez cały dzień byłam tak połamana, że z trudem się ruszyłam. Nie tylko ja zresztą, bo koleżanka, z którą na Mazurach byłam, donosiła w smsie: "...wszystko kręci mi się, łóżko pływa, śmiać się nie mogę, bo mnie żebra bolą. Siniaków mam ilość kosmiczną...".

Wszystko mi się kiwa, Karolina ledwie żywa... A przecież sport to podobno zdrowie :-).

Rejs cudowny był. Możliwe, że był to nawet rejs życia... Wspomnienia o nim zajmą mi pewnie kilka kolejnych wpisów.

Na początek przedstawiam bohaterów mazurskiej opowieści:

Arkiszon - nasz dzielny kapitan, mający patent żeglarza jachtowego zdobyty w roku 2006, patent sternika jachtowego uzyskany w roku 2010, a za sobą jeden rejs po Mazurach i trzy rejsy po Bałtyku,

Żyrafa - z patentem żeglarza jachtowego zdobytym w roku 2002, mająca za sobą cztery rejsy po Mazurach,

Karolina - koleżanka Żyrafy, po raz pierwszy zarówno na jachcie, jak i na Mazurach,

jacht Venus - jednomasztowy jacht produkcji polskiej, o masie całkowitej około 1100 kg

Poniżej nasz jacht w sielankowej scenerii Pierkunowa:

Mazury 2011.07_01

Wypływaliśmy w sobotę z jednego z portów w Węgorzewie, a w kolejną sobotę w tym samym miejscu mieliśmy jacht oddać. Rejs był dla nas pewnym wyzwaniem, bo ani ja, ani Arkiszon, po Mazurach nie pływaliśmy dotąd z tak małą liczebnie załogą, ani też w ogóle pojedynczym jachtem. Zwykle bywało tych jachtów zazwyczaj dwa, a czasem nawet i cztery, zaś na pokładzie każdego z pięć lub sześć osób. Karolina zaś miała podwójnie trudne zadanie przed sobą, bo z osoby, która po raz pierwszy weszła na jacht, stała się naraz członkiem załogi, mającym różne zadania do wykonania, o których oczywiście wcześniej nie miała zielonego pojęcia. Jacht nie miał właściwie żadnych udogodnień żeglarskich, więc w wielu sytuacjach bardzo brakowało nam czwartej pary rąk. Jednak pomimo tego, że z naszą łajbą, której brakowało zwrotności, a za to nie brakowało zaskakującego nas dryfu, sporo się namęczyliśmy, nie zamieniłabym jej na pływające po Mazurach "hotelowce" z obsługującymi niemal wszystko przyciskami. Uważam, że zabija to, co w żeglowaniu najpiękniejsze... Nawet jeśli teraz jestem cała poobijana :-)

Pan wypożyczający nam jacht sam miał pewne trudności z uruchomieniem silnika zaburtowego, którego znajomością obsługi powinniśmy się wykazać. Ucieszyło nas, że jest rolfok - później wielokrotnie doceniliśmy możliwości szybkiego i łatwego zwinięcia przedniego żagla. Poprosiliśmy też o pokazanie "patentu" do kładzenia masztu i pan wypożyczający jacht wskazał nam którą zawleczkę należy wyjąć. Zasadę działania znaliśmy, więc masztu próbnie nie kładliśmy, zwłaszcza w porcie. Po zapakowaniu jachtu, podpisaniu umowy wynajmu i wszelkich innych formalnościach, byliśmy gotowi do wypłynięcia, chociaż nieco zaniepokojeni czekającym nas pierwszym manewrem portowym. Tak naprawdę to chyba są to najtrudniejsze zadania, bo przecież jacht nie ma hamulców i nie osadzi się go w miejscu, a o przywalenie w inne łódki bądź keję nietrudno... Do tego dziobem zacumowani byliśmy do muringu, a posługiwać się nim nikt z nas jeszcze nie potrafił. Arkiszon sterował i obsługiwał silnik, a moim zadaniem było pilnowanie, by lina od tego muringu nie wkręciła się w silnik, co nie poszło zbyt sprawnie, a przy okazji przywaliłam sobie w ramię bosakiem, tworząc pierwszy żeglarski siniak. Przynajmniej jednak w nic nie uderzyliśmy, chociaż mogliśmy :-)

Poniżej pogodowa sceneria pierwszych chwil żeglowania po jeziorze Święcajty

Mazury 2011.07_02

Mazury 2011.07_03

Mazury 2011.07_04

Zaskoczyła nas mała zwrotność jachtu, przechodząca niekiedy w całkowity brak sterowności. Karolina przyznała później, że bała się przez dwa pierwsze dni, dopóki nie przekonała się, że już lepiej nad łajbą panujemy. Wciąż jednak coś się w niej sypało, a przez cały rejs baliśmy się, że oderwie się jedna i zarazem jedyna knaga rożkowa na dziobie (okucie służące do unieruchamiania w nim różnych lin, przede wszystkim liny cumowniczej lub liny kotwicznej).

Pokręciliśmy się nieco po Święcajtach, pogoda się poprawiła, więc postanowiliśmy się dostać się na jezioro Stręgiel, do czego konieczne było położenie masztu.

Mazury 2011.07_05

Zrzuciliśmy żagle, po jeziorze krążyliśmy na silniku, odpięliśmy dwie wanty, poluzowaliśmy linkę do rolfoka. Wszystko omówiliśmy - zadaniem Arkiszona było wyjąć zawleczkę i asekurować kładzenie masztu poprzez trzymanie liny, przechodzącej przez dwa bloczki. Jeden z tych bloczków miał pozostać na pokładzie, a drugi oddzielić się razem z taką sztywną bramką. Ja miałam asekurować kładzenie masztu poprzez trzymanie go i nakierowywaniem na krzyżak, zaś Karolina stała w kokpicie, by pilnować, czy któraś z want albo lin nie wkręca się w silnik. Maszt kładłam już wielokrotnie z udziałem tylko dwóch osób, więc większych kłopotów się nie spodziewaliśmy. Stałam z boku masztu i miałam go tylko podtrzymywać, toteż całkowitym zaskoczeniem było dla mnie to, że maszt po prostu runął. Oczywiście nie zdołałam go złapać (nawet nie wiem, czy kilka osób dałoby temu radę), jedyne co mi się udało, to spowodowanie, by nie rąbnął w głowę Karoliny... Upadek masztu był zupełnie niekontrolowany, zarobiłam kolejnego siniaka w miejscu, gdzie wcześniej walnęłam się bosakiem, zaś oniemiały Arkiszon pozostał trzymając linę asekuracyjną, która całkowicie swobodnie unosiła się w powietrzu i nic nie przytrzymywała. Wszystkim nam zaparło dech. W pierwszej chwili byłam przekonana, że zaraz na początku żeglowania wyłamaliśmy maszt. Ale co się stało? Dlaczego oba bloczki uniosły się razem z bramką, przez co Arek nie mógł nic zrobić, by zapobiec przewróceniu się masztu? Po prawidłowym ułożeniu leżącego masztu, uspokojeniu się i oględzinach całego mechanizmu, zobaczyliśmy, że pan wynajmujący jacht, pokazał nam niewłaściwą zawleczkę, którą należało wyjąć... Postanowiliśmy dopłynąć do najbliższego portu i tam postawić maszt, zamiast czynić to krążąc po jeziorze i zmagając się dodatkowo także z wiatrem. W porcie z pomocą przy stawianiu masztu pospieszył nam ratownik, również żeglarz, który nie mógł wyjść ze zdziwienia, zobaczywszy różne rozwiązania na naszym jachcie. Stwierdził, że łajbę prawdopodobnie wielokrotnie przerabiano i sporo jest na niej "domoróbek". Wyraził przypuszczenie, że podczas żeglugi może nam maszt po prostu wyrwać, co oczywiście wprowadziło nas w odpowiedni nastrój... Na domiar wszystkiego Karolina nastąpiła na kotwicę i przebiła sobie jej ostrzem but i trochę zraniła stopę. Mieliśmy już dość przygód jak na jeden dzień, poza tym byliśmy po nocy podróży, zacumowaliśmy więc do pomostu z nadzieją na spokojną noc.

Część naszej pierwszej kolacji wyglądała tak:

Mazury 2011.07_06

A tutaj jezioro Święcajty nocą...

Mazury 2011.07_07

piątek, 15 lipca 2011

"...pokłonimy się nowym brzegom, odkryjemy nowe zatoki".

Jestem przy końcówce pakowania, aczkolwiek w torbie zmieściłam tylko jeden kalosz, drugi zaś będzie musiał jechać luzem. Zestaw do wyszywania pod tytułem "Morskie dekoracje" został zapakowany jeszcze nawet przed strojem kąpielowym :-). Na Mazury wyruszamy dziś w nocy w składzie: Arkiszon, ja i moja koleżanka (która -jak stwierdziła- tak się cieszy, że aż jej wszyscy zazdroszczą). Będzie to mój piąty rejs (nie licząc wypadów parogodzinnych oraz kursu żeglarskiego) i nie wiem dlaczego właśnie teraz płyną do mnie rozliczne rady, bym na jachcie przebywała ubrana w kapok przez cały czas. Na Mazurach kapoku nie nałożyłam nigdy, nie było takiej potrzeby, natomiast w czasie żeglowania po Odrze - i owszem, jak sytuacja zdawała się niebezpieczna, to ubrałam. Zastanawiam się, czy naraz zaczęłam "wyglądać" na taką, co to lada moment zatonie, czy co... Przed dziesięcioma laty "zaliczyłam" nawet wypadnięcie za burtę na jeziorze Bełdany, a chociaż w takich wypadkach powinno się rzucać koło ratunkowe, to nikt z jachtu tego nie zrobił. Patrzyli tylko, czy się nie topię, zrobili piękny zwrot i dwie osoby z załogi mnie wyłowiły, przy czym instruktor żeglarstwa chwycił mnie za spodnie, a kolega - za szlufkę od tych spodni, która oczywiście natychmiast pękła i omal nie znalazłam się za burtą po raz drugi. Jako, że był to wrzesień, a pogoda deszczowa, suszyłam się po tej przygodzie przez dwa dni...

Na okoliczność wyjazdu na Mazury wyhaftowałam sobie ozdobę starej bluzy...

haft 2011_03

haft 2011_04

Nie pokazywałam jeszcze guzikowo-naklejkowych prezentów...

prezent 2011_04

Zbliżenie na migoczący światełkami wózek :-)

prezent 2011_05

Odnalazłam ostatnio "wyprodukowane" przed wieloma laty owce. Są pomysłu Pastelki Kraban, a wełniane fryzury zawdzięczają zapałce

owce_03

owce_04

owce_05

Wrocławskie kaczuszki...

kaczuszki_01

kaczuszki_02

kaczuszki_03

Zapisałam się na Candy u:

http://stamping-fantasies.blogspot.com/2011/06/six-candy-bags-to-be-won.html

Candy

http://bettina-bettyboop.blogspot.com/2011/06/summer-candy.html

Candy

środa, 13 lipca 2011

Wprawdzie imieniny miałam ponad miesiąc temu, ale prezent od Arkiszona (zamówiony przeze mnie przez internet :-) miał przygody i dotarł do mnie przedwczoraj. Serwetka z kanwą, mulina, kanwa w taśmie, wyczekiwane nożyczki krawieckie w ząbki, a także coś na przyszłość... Nawiasem mówiąc Arkiszon tym świątecznym wieszaczkiem nie jest zachwycony, ale zgodził się, że ewentualnie na tydzień można go powiesić. Wynegocjowałam miesiąc, przypominając mu, że sam mi ten wieszaczek podarował :-)))

prezent 2011_01

Dziurkacz z kurczaczkiem dostałam w dniu imienin. Arkiszon chciał kupić kaczuszkę, ale nie było. Na zdjęciu dziurkacz z mniejszym, który przyleciał do mnie z USA :-)

prezent 2011_02

Ze Stanów przybył jeszcze inny prezent. Jest to bluzka w rozmiarze niemowlęcym...pasująco na mnie idealnie, rozciąga się bowiem, przypasowując do figury i gabarytów :-). Po zdjęciu wraca do wielkości z fotografii. Wszystkie ubrania tak się powinny składać! Miejsca w szafie ile by było, a na wyjazd wystarczyłaby kosmetyczka :-)... W mojej pracy bluzka zrobiła furorę, kilka osób prawie się ze śmiechu popłakało.

prezent 2011_03

W zeszłym tygodniu zamówiłam przez internet kalosze. Wczoraj zadzwoniłam do sklepu z pytaniem kiedy mam ich oczekiwać. Dowiedziałam się, że w piątek, a najpóźniej w poniedziałek. Powiedziałam, że za poniedziałek dziękuję, bo w sobotę wyjeżdżam na Mazury, gdzie owe kalosze właśnie zamierzałam zabrać. Dostałam zapewnienie, że w piątek będą. Telefon i mała dopłata do przesyłki kurierskiej okazały się na tyle skuteczne, że kalosze pojawiły się już dzisiaj :-)

Poniżej kartki ostatnio wysłane

kartka 2011_06

kartka 2011_07

kartka 2011_08

kartka 2011_05

Wspomnienia z czerwcowych Mazur...

Mazury 2011.06_30

Mazury 2011.06_31

Mazury 2011.06_32

Mazury 2011.06_33

Mazury 2011.06_34

Mazury 2011.06_35

Mazury 2011.06_36

Mazury 2011.06_38

Mazury 2011.06_37

Zapisałam się na Candy u:

http://untallerdeminiaturas.blogspot.com/2011/06/mi-dulce-sorteomy-sweet-giveaway.html

Candy

http://evgesshhka.blogspot.com/2011/06/blog-post_09.html

Candy

http://wytworki.blogspot.com/2011/06/candy.html

Candy

http://mjcodziennik.blogspot.com/2011/07/lawendowe-candy-lipcowe.html

Candy

18:55, zyrafowo
Link Komentarze (1) »
niedziela, 10 lipca 2011

 "W końcu koniec" - oznajmił wczoraj Arkiszon. Koniec remontu. A właściwie jego pierwszej łazienkowo-kuchenno-korytarzowo-balkonowej części. Sobotę spędziliśmu na rozwożeniu po sklepach niepotrzebnego zapasu kafelek oraz na reklamowaniu umywalki - ma ona zresztą swoją historię... Najpierw Arkiszon dopatrzył się na niej rozmazanego napisu, a że byliśmy jeszcze przy sklepie, od razu zabrał ją do wymiany. Wówczas okazało się, że sprzedano nam pięćdziesiątkę zamiast sześćdziesiątki, do której równocześnie z umywalką kupiliśmy szafkę. Umywalka rozmiarowo właściwa i z ładnym napisem okazała się mieć jeden z rogów z półtora centymetra wyższy od pozostałych. Zobaczyliśmy to dopiero wówczas, gdy stała już zmontowana zarówno z szafką, jak i z kranem. Wczoraj kiedy przyjechaliśmy po umywalkę, okazało się, że przy jej odrywaniu od ściany, połamały się cztery kafle... Na szczęście były jeszcze w zapasie i trafiliśmy akurat na moment naprawiania ściany przez ekipę remontową. W sklepie umywalka została przez Arkiszona załadowana na wózek, na którym następnie posiedział sobie troszkę, czekając na swoją kolej w punkcie reklamacji. Wreszcie umywalka została zabrana przez pracownika sklepu, który zniknął  z nią na dobry kwadrans. W międzyczasie zabawialiśmy się z Arkiszonem obserwowaniem siebie w ekranie nad nami wiszącym, ja chciałam dokonać pamiątkowego wpisu na kartkach leżących na ladzie, Akiszon natomiast dopytywał się mnie, czy można tutaj dostać pieczątkę do książeczki PTTK... Okazało się, że przyczyną długiej nieobecności pracownika sklepu była próba wybrania dla nas jak najmniej krzywej umywalki... Arkiszon sprawdzał ją jeszcze na ladzie i na wózku, ku sporemu zainteresowaniu innych klientów. Jest więc teraz umywalka sześćdziesiątka, mniej krzywa od poprzedniej i znowu z niewyraźnym napisem...

Dwukrotnie próbowałam ostatnio przez internet zamówić śpiwór, ale że wyjazd na Mazury już blisko, więc doszłam do wniosku, że bezpieczniej jednak kupić go w sklepie, gdzie będzie nie tylko w ofercie, ale i w rzeczywistości. Śpiwór został zakupiony i dzisiaj w nocy wypróbowany :-)

Ostatnio wysłałam taką oto urodzinową kartkę 

kartka 2011_01

kartka 2011_02

kartka 2011_03

kartka 2011_04

Kilka zdjęć z Mazur...

Mazury 2011.06_22

Mazury 2011.06_23

Mazury 2011.06_24

Mazury 2011.06_25

Mazury 2011.06_26

Mazury 2011.06_27

Mazury 2011.06_28

Mazury 2011.06_29

Zapisałam się na Candy u:

http://mamma190.blogspot.com/2011/07/il-primo-blog-candy-da-mamma190.html

Candy

http://craftyfoxcards.blogspot.com/

Candy

http://isabellaart.blogspot.com/2011/06/pierwsze-candy.html

Candy

http://mariannescraftroom.blogspot.com/2011/07/craftroom-candy.html

Candy

środa, 06 lipca 2011

Jest! Dzisiaj właśnie doszła do mnie paczuszka z różanej wymianki nadana przez Ahanutek. Przesyłka przeżyła jedną wielką pocztową przygodę z finałem w niewłaściwym urzędzie pocztowym. Wreszcie jednak dotarła - ku wielkiemu zadowoleniu mojemu, a także ku uspokojeniu Moteczka. Marysia zapoznawszy się z opisaną przeze mnie historią paczkowej podróży (której szczegóły wyszły na jaw dopiero dzisiaj), napisała, że to istny cyrk. Szkoda tylko, że kosztował on tyle nerwów całą naszą trójkę: Moteczka, Ahanutek i mnie. Ania wysłała paczuszkę priorytetem na dzień przed finałem wymianki, spodziewać się więc można było, że dostanę ją albo nazajutrz, albo w kolejnym dniu... Po dwóch tygodniach jednakże przesyłka cieszy równie mocno, poza tym bardzo umiliła mi dzisiejszy dzień, który zaczął się dość niefortunnie, bo od porannego zastygnięcia w pozycji przybiurkowej łamanej. Obezwładniona zostałam przez ból pleców (przewiało mnie chyba), który zelżał dopiero po zażyciu podwójnej dawki leku przeciwbólowego. Paczuszkę od Ahanutek otworzyłam samodzielnie :-), a oto co w niej było:

rozana wymianka_05

Piękna serwetka...

rozana wymianka_06

Śliczna kartka z miłymi słowami w środku :-)

rozana wymianka_07

Poza serwetką najbardziej ucieszył mnie dziurkacz. Nie wiem, czy to widać na zdjęciu, ale motwy ma on różany i na pewno często będę z niego korzystać. Aniu, bardzo Ci dziękuję za przesyłkę!!!

Muszę jeszcze pokazać żyrafę, która według Arkiszona, niezbyt dobrze spełnia swoją funkcję. Arkiszon ćwiczył na niej wiązanie węzłów, a żyrafa się przewracała...

zyrafa_05

zyrafa_06

zyrafa_07

Tagi: wymianki
19:20, zyrafowo
Link Komentarze (3) »
niedziela, 03 lipca 2011

Już za niespełna dwa tygodnie rozpoczniemy nasz ośmiodniowy rejs po Mazurach... Wzdychając do lasów i świeżej wody (z haftu sfotografowanego w Rucianem-Nida), rozglądam się za nowym śpiworem oraz kaloszami...postanowiłam bowiem takowe kupić :-). Poza tym jestem na etapie ponownej lektury "Żeglarza i sternika jachtowego". Odnalazłam również zakupione przed laty kawałki lin, na których ćwiczę teraz węzły. I tak dzisiaj na przykład w węźle ratowniczym pobiegłam do kuchni na ratunek przypalającemu się kotletowi... Tak się zajęłam linami, że zapomniałam, że się odgrzewa...W ubiegłym tygodniu natomiast miałam małą kuchenną przygodę, związaną z zaparzaniem czerwonej herbaty. Zalałam ją wodą z czajnika, a po wypiciu kilku łyków, zdziwiłam się, że ta herbata tak mi kiedyś smakowała. Przecież okropnie kwaśna! Po wypiciu pół kubka przypomniałam sobie, że do czajnika wsypałam kwasek cytrynowy, by pozbyć się kamienia. Po czym tę właśnie wodę zagotowałam i zalałam nią herbatę. Nic dziwnego, że była kwaśna... Dobrze, że nie odkamieniałam czajnika jakimś chemicznym środkiem...

Poniżej kilka mazurskich zdjęć

Mazury 2011.06_15

Nad jeziorem Nidzkim...

Mazury 2011.06_16

Mazury 2011.06_17

Mazury 2011.06_18

Mazury 2011.06_19

Mazury 2011.06_20

Mazury 2011.06_21

Postępy w dwóch większych haftach nie są może imponujące, ale są... :-)

Mediterranean Flavors_04

Papież_02

Dostałam niedawno taki oto kuferek na kosmetyki. Jest bardzo odpowiedniej wielkości! :-)

kuferek

Zapisałam się na Candy u:

http://pistacjeimaliny.blogspot.com/

 

Candy

 

http://inspiracje.scrap.com.pl/2011/06/21/zapraszamy-na-blog-candy/comment-page-2/#comment-46147

Candy

http://myhappyplace-donna.blogspot.com/2011/06/my-20k-candy.html

Candy

http://szyjemy.blogspot.com/2011/06/candy-urodzinowe.html

Candy

Tagi: lato Mazury
17:19, zyrafowo
Link Dodaj komentarz »